"Kolejny raz granice ludzkiej wyobraźni zostały przekroczone"- to były pierwsze słowa mojego padre po wyjściu z kina. Co do ich dokładności jestem pewien, bo film oglądałem dzisiaj, a samą recenzję piszę na świeżo i zamierzam ją dziś w nocy skończyć. Od siebie napiszę że, mimo iż nie robi się tego na początku recenzji,to film uważam za bardzo dobry. Dlaczego piszę o tym teraz? Bo przypuszczam, że nie każdy chce czytać moje wypociny. Jeśli jednak jesteście zainteresowani to zapraszam.

"Avatar" to najnowsze dzieło Jamesa Camerona. Reżysera tak naprawdę milczącego przez 13 lat. Od "Titanica" zajmował się filmowaniem podwodnych filmów w technologii IMAX 3D. Doświadczenie to pozwoliło mu zrealizować zamysł, który powstał już w 1995. Niestety (albo i całe szczęście), ówczesna technologia nie pozwalała na realizacje tego typu przedsięwzięcia.
Akcja dzieje się w odległym roku 2154 na księżycu o nazwie Pandora, na którym znajduje się placówka kolonizacyjna. Ziemskie korporacje szybko zwęszyły liczne złoża surowca zwanego Unobutanium, którego 1 kilogram kosztuje "marne" 20 milionów dolarów. Rozpoczęła się rabunkowa akcja mająca na celu zdobycie cennego surowca. Na przeszkodzie Ziemianom stają jednak Na'vi- rdzenni tubylcy Pandory, którzy dalej stosują naturalne środki nawozu roślin i prowadzą skrajnie ekstensywną uprawę. A tak na serio, to żyją w plemionach i są na etapie łuków, a zamiast techniki mają przyjazną naturę. Oczywistym jest więc, że poczynania śmiałych Ziemian nie podobają się Na'vi i narasta konflikt. W środek całego zamieszania przybywa główny bohater- weteran na wózku. Ale po co inwalida w wojskowej placówce kolonizacyjnej? Bohater znajduje się tam tylko i wyłącznie dziełem przypadku. Jego brat miał wziąć udział w projekcie zwanym Avatar, niestety zginął, A Jack Sully (bohater) jako jedyny mógł go zastąpić. Avatar jest to ciało, które powstało w wyniku skrzyżowania Na'vi i człowieka. Avatar wygląda, przypomina i porusza się jak Na'vi. Natomiast kontrolowany jest przez człowieka podłączonego do machiny, bardzo przypominającej tę z Matrixa. Jack, już jako avatar zostaje wysłany wraz z innymi naukowcami w dziką puszczę. Tam dzięki przeróżnym zwrotom akcji zaczyna poznawać kulturę i świat Na'vi. Zaczyna zastanawiać się, czy stoi po właściwej stronie. I tak rozpoczyna się właściwa fabuła.
Wygląda łopatologicznie i banalnie, prawda? I rzeczywiście tak jest. Historia nie raczy nas błędnymi
tropami, złożonymi analizami ludzkich stanów lękowych i genialnymi dialogami. Jest to za to bardzo przemyślana i sensowna
historia, która pomimo kilku błędów logicznych jest skutecznie zatuszowana przez 500 milionów dolarów włożonych w
produkcję. Bohaterowie dzielą się na dobrych i złych. Nie ma tutaj odcieni szarości- zupełnie jak we "Władcy
Pierścieni", "Matrixie", czy "Opowieściach z Narnii". Jest wszystko, czego potrzebuje tego typu hollywoodzka
produkcja. Walka dobra ze złem, epickie sceny, ostateczna bitwa, wątek miłosny, ekologia, krytyka wojen w Iraku i
Afganistanie, bezsens i koszmar wojny, korporacyjna żądza zysku. Ze wszystkich tych "obowiążków", film Camerona
wywiązuje się doskonale i o to w nim właśnie chodzi. Ponadto, lubię, gdy podczas zapoznawania się z
filmem/książką/grą przechodzą mi po plecach ciarki. Jestem fanem gier RPG, historii, fantasy i fantastyki i przede
wszystkim epickich bitew, a zwłaszcza każdej przemowy przed nimi. I tak też jest w filmie Camerona. Kocham
przemówienia w stylu: "Dziś stajemy, by bronić bla bla bla bla, dzieci naszych dzieci, bla bla bla, walczymy dziś,
bla bla bla, część z nas zginie bla bla bla, ale zwyciężymy i bla bla bla". Było przemówienie połączonego z piękną animacją, współgrającą muzyką i podniosłymi słowami. Za to kocha się Hollywood, prawda?
Zastanawia, denerwuje i wciąż dziwi mnie jednak kilka aspektów. Dlaczego Ziemianie to zawsze napakowani
Amerykanie, koniecznie marines, naukowcy w białych kitlach, czy cwani przedstawiciele wielkich korporacji. Czy
każdy Ziemianin rozmawia po angielsku? Ok, to produkcja amerykańska, ale mimo wszystko- to boli. W filmie tym, widać
także bardzo mocne nawiązania do historii. Mowa tu oczywiście o walkach Białych Twarzy z Indianami. Kultura Na'vi
też mocno czerpie z kultury Indian. Kult Matki Ziemi, duchy przodków, plemienne rytuały, różne klany. Ale nie kończy się na Indianach.Szukając genezy pomysłu, muszę napisać o Nocnych Elfach z serii gier Warcraft, którzy nie tylko wyglądają bardzo podobnie do bohaterów filmu, to ich fauna i flora jest prawie identyczna. Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że kultura
Nocnych Elfów była wzorowana właśnie na Indiańskiej ;).
Ale zostawmy już fabułę i wszelkie zgrzyty. Najważniejsze są tu zdjęcia i animacja. Tej nie sposób opisać.
Najnowsze techniki, a wśród nich motion capture i image metrics zapewniają niesamowite przeżycia wizualne. W filmie widać
dbałość o najmniejszy szczegół. Obserwujemy wszystkie pory na twarzach, wystające żyły, grudki ziemi, kosmyki włosów,
doskonałą grę światła i odbijanie się go od powierzchni. Po prostu wizualna masakra, że tak to obrazowo nazwę. Po
ponad 3 godzinach (!) wyszedłem z sali i jeszcze nie miałem dosyć. Nie jestem w stanie pisać o grafice, bo trzeba
ją samemu zobaczyć. Powiem tylko tyle. Dzieło sztuki i to nie byle jakiej. Ja oglądałem tylko w cyfrowym 3D i
jestem zachwycony, więc naprawdę warto "szarpnąć się" i pojechać do Katowic czy Warszawy i obejrzeć film w
technologii 3D IMAX.
Trzeba koniecznie napisać o świecie wykreowanym w filmie Camerona. Mimo że większość akcji dzieje się w
puszczy, to widzimy też stepy i morza Pandory, które niestety pokazane są tylko przez kilka minut. Otaczający nas
świat, bo o takim można mówić w tym filmie, przypomina połączenie amazońskiej puszczy z rafą koralową. Na Pandorze
znajdą się też smokopodobne latajła i inne psopodobne, nosorożcopodobne, tygrysopodobne, konipodobne, małpkopodobne
zwierzęta. W niektórych momentach wizja reżysera poszła tak daleko, że mamy do czynienia z latającymi górami
otoczonymi przez parę. Po prostu, trzeba to zobaczyć
Gra aktorska w filmie, nawet jeśli była zła, to była bardzo dobrze zaretuszowana. I tak większość
wykreowanych postaci przeszła przez obróbkę komputerową, a mimo to nie widać w tym wszystkim żadnej sztuczności.
Paradoksalnie, Na'vi są bardzo ludzcy w swoim sposobie poruszania się i mimice. Oprócz twarzy dużą uwagę zwracałem
na oczy, które wyglądały bardzo naturalnie. Główny bohater ( w tej roli Sam Worthington) sprawdza się bardzo
dobrze, zwłaszcza, że w filmie widzimy twarz jego i jego avatara i wciąż doszukujemy się podobieństwa. Świetnie w
roli sprawdziła się też Sigourney Weaver i Zoe Saldana. W filmie, oczywiście w roli dziewczyny z jajami pojawiła się Michelle Rodriguez, która występowała w typowej dla niej kreacji.
Muzyka bardzo dobrze splata się z całością akcji, niestety nie zostaje zapamiętana tak jak motywy z "LOTR",
czy też "Gladiatora". Prawdopodobnie, gdybym dostał gdzieś soundtrack, to mógłbym podzielić się swoją opinią. Poza
tym, przyznam szczerze. Więcej oglądałem, aniżeli słuchałem.
Po przesłuchaniu prawie całej dyskografii Behemotha podczas pisania tejże recenzji. W końcu udaje mi się ją
ukończyć. Podsumowując, "Avatar" Jamesa Camerona nie jest filmem głębokim, ani wyjątkowym. Natomiast po wyjściu z
niego człowiek wychodzi odrpężony, zadowolony, zafascynowany i z poczuciem dobrze zainwestowanych i nie
zmarnowanych pieniędzy. Idąc na ten film nie należy oczekiwać niczego nowego oprócz animacji i techniki. Na ten
film idzie się po to, by przeżyć wspaniałe widowisko. Poza tym jest to bardzo pięknie opowiedziana baśń, którą można oglądać także z dziećmi, krew jest bardzo oszczędnie eksponowana, więc miłośnicy kina gore będą smutni. Ponadto, od razu zniechęcam piratów. Oglądanie tego filmu na komputerze jest tak samo kretyńsko głupie, jak słuchanie muzyki, nagranej w stereo, na jednej słuchawce. "Avatar" to jeden z tych filmów, po których człowiek nie zmieni swojego postępowania życiowego, ale na pewno przez moment
świat stanie się dziwnie przyjaźniejszy i lepszy.
Byłem tego samego dnia w kinie na "Avatarze" Camerona. Niestety, fatalny stan drogi między Oleśnicą a Bierutowem przestraszył mnie. Bałem się późnego powrotu do domu przy ciągle padającym śniegu i zrezygnowałem z seansu w technologii 3D o 16.45. Obejrzałem film w normalnej sali kinowej "Korony" o 15.45. Przez blisko trzy godziny ani razu nie pomyślałem o zapaleniu papierosa, co oznacza, że film jest bardzo dobry - nawet i bez technologii 3D, nie mówiąc już o 3D IMAX.
Muszę jednak wtrącić precyzyjniejszą definicję avatara. Ona pozwala lepiej zrozumieć ideę filmu i przełom w sztuce filmowej dokonany przez Camerona. Avatar to cielesny kostium humanoida, stwora z księżyca-planety Pandora, w który wchodzi umysł człowieka. Fałszywy Na'vi, który ma służyć badaniom naukowym nad planetą i ich mieszkańcami oraz szpiegować humanoidów w służbie drapieżnej korporacji. Z czasem avatarem steruje nie tylko kontrolowany przez innych fascynujący mózg, ale i zrodzony z miłości buntowniczy duch dążący do wolności i ocalenia Pandory i ich mieszkańców. Fałszywy Na'vi, klon kontrolowany przez "Ludzi Nieba", po buncie odzyskuje swą tożsamość i szczęście. Tak więc bardzo ciekawie ujęty motyw teatrum mundi i człowieka - wyzwolonej marionetki.
Ten tytułowy avatar to także kreowany komputerowo "kostium aktorski" filmowej postaci fantastycznej. Technika cyfrowej rejestracji obrazu pozwalała po raz pierwszy w historii kina aktorom i reżyserowi na bezpośredni podgląd na planie w grę aktorów wcielających się w te fantastyczne "avatary". Postać kreował więc bardziej aktor i reżyser niż komputerowy specjalista od animacji. Fantastyczna postać filmowa stała się czującą cyfrową marionetką, w którą wcielał się nie tylko rozum, ale i pełen emocji duch człowieka. Zyskała przez to piętno aktorskiego indywidualizmu - tak wyczuwanego przez Ciebie, Sevilu.
"Powiedz prawdę, do tego służysz"