O Muzyce współczesnej słów kilka oraz o jej „wyznawcach”

Wakacje to czas urlopów oraz odpoczynku od natłoku zajęć w pracy, szkole i na uczelni.

   Wielu z nas korzysta w tym czasie ze wspaniałej pogody i wypoczywa w różny sposób, bądź to nie robiąc nic, bądź to robiąc cokolwiek, byle inaczej niż codziennie, podczas nie - urlopu. Przechadzając się po centrum dużego miasta, bez trudu dostrzec możemy osoby, które  - dysponując minimalną wiedzą na temat subkultur oraz kierunków muzycznych, na których dane subkultury bazują – wyglądają jak fani poszczególnych nurtów muzycznych. W takiej sytuacji właśnie dane mi było się znaleźć, a że dysponowałem dużą ilością czasu podczas długo wyczekiwanego urlopu oraz mojej drugiej połowy, która udała się w szaleńczą pogoń za pożądanymi przez płeć piękną towarami, doszedłem po kilku chwilach do pewnych konkluzji.

    Jako człowiek twardo stąpający po ziemi a zarazem żarliwy miłośnik muzyki zdałem sobie sprawę, że jeśli jest jakaś nauka, z którą muzyka ma cokolwiek wspólnego, to jest nią z pewnością matematyka. Tak, nie pomyliłem się. Ta sama matematyka, na której swoje istnienie niczym pasożyt opiera logika i wszystkie jej gałęzie, a także wszystkie nauki przyrodnicze. Liczenie taktów, tonów i półtonów, pauz oraz innych elementów zapisu nutowego, to najzwyklejsza matematyka. Słuchając fragmentu muzycznego bez problemu jesteśmy w stanie powiedzieć, kiedy słyszymy kakofonię, a kiedy dźwięki układają się w spójną całość. Z muzyką jest podobnie jak z matematyką – aby wszystko było poprawnie, musimy trzymać się pewnych reguł. Inaczej wyjdzie nam nużący dla ucha hałas, albo fałsz w postaci 2+3=8. Zresztą słowo FAŁSZ jest z powodzeniem używane zarówno przez muzyków jak i matematyków.
 

Z przykrością muszę przyznać, że wiele zachowań naśladowniczych, wykraczających poza klasycznie rozumianą przestrzeń logiczną, obserwuje się wśród słuchaczy przeróżnych gatunków współcześnie powstającej muzyki. Wielu fanów ubiera się tak, jak ich idole, nie obawiając się przy tym oskarżeń o konformizm, aktorstwo, czy udawanie kogoś, kim się nie jest. Nie powinno rozmawiać się o gustach muzycznych, bo trudno kłócić się z człowiekiem, któremu coś się podoba, podobnie jak trudno jest – i w zasadzie sprzeczne logicznie – kłócić się z kimś, komu się podoba kolor niebieski, wmawiając mu, że tak naprawdę ten kolor mu się nie podoba. O kwestii gustu z zasady nie powinno się rozmawiać i nie taki jest cel mojego tekstu. Nie zamierzam krytykować żadnego nurtu muzycznego, ani poziomu (stopnia skomplikowania) utworów muzycznych. To nie miałoby sensu, bo nie o stopień komplikacji w muzyce chodzi. Można co prawda krytykować poziom języka w tekstach utworów, ale nie zamierzam tego robić w tym miejscu. Zamierzam natomiast uzmysłowić czytelnikowi mało racjonalne zachowania grup subkulturowych, identyfikujących się z danymi nurtami muzycznymi.
       Zobaczyłem więc ludzi ubranych w szerokie spodnie, z czapkami z daszkiem na głowach przekręconych na bok, obwieszonych różnymi elementami biżuterii z tombaku, bądź innego kruszcu. Zobaczyłem ludzi z wielokolorowymi szczotkami na głowach. Zobaczyłem ludzi w czarnych obcisłych spodniach oraz czarnych koszulkach, na które majestatycznie spływały długie włosy, z różnym przy tym stopniem higieny skóry głowy.
    Gdyby zabrakło mi pieniędzy na zimne napoje, próbowałbym założyć się z osobami siedzącymi wokół mnie, jakiej muzyki słuchają osoby wyglądające tak a nie inaczej, obstawiając, że ci w czapkach z daszkiem to miłośnicy hip-hopu, ci z piuropuszmi to punki, natomiast ci w długich włosach i czarnych ubiorach to miłośnicy szeroko rozumianego tzw. metalu. Nikt o zdrowych zmysłach nie założyłby się raczej ze mną o to, dlatego nie próbowałem tego robić. Wiedza o identyfikacji osób preferujących poszczególne nurty muzyczne tak zakorzeniła się we współczesnej kulturze masowej, że większość z nas nie ma problemu z identyfikacją fanów różnych kierunków w muzyce, ukształtowanych w dobie mass-mediów.
    Po krótkim namyśle spojrzałem na swój ubiór i zrozumiałem, że raczej nikomu nie udałoby się zgadnąć, że świadczy on o miłości do muzyki Chopina, Bacha, Vivaldiego, a także Dream Theater, Opeth, Stinga, Queen, Pink Floyd, Riverside i innych wykonawców rodem z XX wieku. Dysponując jednak dużą ilością czasu oraz nie zważając na męczący upał, dalej rozwodziłem się nad wyglądem młodzieńców oraz związanych z tym preferencji muzycznych. Aby nie urywać w połowie tego zaczepnego tekstu zacznę od „analizy” pierwszej grupy fanów, najliczniejszej obecnie – fanów hip - hopu. 
   

Według zapisów w Wikipedii hip hop to ”ruch kulturowy i gatunek muzyczny powstały w Nowym Jorku w Stanach Zjednoczonych we wczesnych latach 70. XX wieku, zainicjowany przez Afroamerykanów i Latynosów.” No właśnie. Zapewne 99,999% słuchaczy pół-mówionych tekstów o trudnej doli życia nigdy nie mieszkało w biednych dzielnicach Nowego Jorku. Wielu powie z pewnością: „Co z tego. Identyfikujemy się z nimi, więc nie ma przeszkody abyśmy słuchali ich muzyki.” Nie do końca. Podróżnicy wiedzą, że każda kultura jest niczym trudny do przełamania paradygmat, którego nie można w żaden sposób przekroczyć, dopóki sami nie staniemy się jego częścią. Tak jest w tym przypadku. Kto nie jest murzynem wychowanym w granicach biednych dzielnic dużych amerykańskich miast, nigdy nie zrozumie istoty hip – hopu. Nie pisałbym tego, gdybym nie spotkał ludzi osadzonych w rdzennych realiach, które mam na myśli. Trudno jest mi zrozumieć chęć stania się pseudo – murzynem i w specyficznie czarnoskóry sposób afirmować taki właśnie sposób życia (wymachując naśladowczo rękami, ubierając się podobnie i spędzając czas na deskorolce lub boisku do koszykówki), egzystując w państwie o bogatej tradycji i kulturze, wśród najstarszych uniwersytetów na kontynencie i doniosłych odkryć naukowych. 
    Hip - hop jest w Polsce tak wszechobecny jak dziury w drogach, zarośnięte chaszczami pobocza, korupcja w służbie zdrowia oraz pijani kierowcy. Hip - hop obecny jest w co trzeciej reklamie, w co drugim filmie i w każdej audycji radiowej. Choć nie jestem rasistą – ani biologicznym, ani religijnym, ani (co najważniejsze w kontekście tego tekstu) kulturowym, to obecność śmiesznie ubranych i rapujących młodzieńców zaczyna mnie naprawdę irytować. Gdy jeszcze dodamy do tego powszechnie pomazane w obrębie całego kraju mury, pomazane trudnymi do odczytania pseudo – artystycznymi literami, zdenerwowanie wzrasta. Pytam się wszystkich fanów hip – hopu: dlaczego niszczycie budynki, robiąc na siłę z zabytków 1000- letniego państwa Bronx, którym nigdy to państwo nie będzie? Przemierzając wszystkie kraje Starego Kontynentu z przykrością stwierdzam, że Polska to zagłębie biednych, czarnoskórych mieszkańców Bronxu. Nawet w słowiańskich Czechach nie spotyka się tak często pomazanych murów. To jednakże tylko dziwna pomyłka, bo prawdziwych murzynów z Bronxu w Polsce jak na lekarstwo. Sprawcami takiego stanu rzeczy są osoby, którym brakuje własnej samo – świadomości kulturowej, a żadna instytucja nie jest w stanie tego zmienić – taki obraz sytuacyjny przedstawia się po pierwszym namyśle nad problemem. Słuchajcie sobie hip – hopu. Nic do tego nie mam, ale użyjcie od czasu do czasu swoich szarych komórek, zanim zrobicie coś, co będzie sporo kosztowało wszystkich podatników – a więc Waszych rodziców także. Wszystkie miasta w Polsce wydają duże sumy na walkę z graffitti.
    Drugą charakterystyczną pod względem wizerunku swoich fanów grupą subkulturową są fani muzyki punk. Zgodnie z moim wcześniejszym źródłem wiedzy, punk to”(...) trudny do scharakteryzowania ruch kulturowo – społeczno – polityczny.” Czytamy w Wikipedii, że „(..)zespoły punkowe jak i ich fani oskarżani byli o nihilizm, bezmyślność, chuligaństwo – co jest oczywiście prawdą w jednostkowych przypadkach, generalnie jednak ich muzyka, strój, zachowanie były przejawem humoru, ironicznego podejścia do norm narzucanych przez społeczeństwo i kulturę.” Może i jest w tym nuta ironii, ale gdybym nie spotkał w swoim życiu kilku punków, z pewnością bym w to uwierzył. Znak litery „A” w kółku, charakterystyczny dla subkultury punków mówi o preferowaniu anarchii. Nad tym pojęciem chciałbym zatrzymać się dłużej, wydaje mi się bowiem wyjątkowo zaczepne oraz wyjątkowo płodne ideologicznie – jak zresztą wszystkie terminy abstrakcyjne.
    Termin „Anarchia” swój źródłosłów posiada w greckim słowie „Arche” oznaczającego początek, czy też „zasadę” świata. To Arche właśnie poszukiwał Tales z Miletu oraz inni filozofowie przedsokratejscy. Anarchia etymologicznie wywodzi się z terminu „Arche”, a oznacza brak porządku, brak zasady. Czyli ogólnie - w odniesieniu do zhierarchizowanego układu współczesnych instytucji  - brak hierarchii. Jako wzór porządku podawano wojsko starożytnej Sparty. Subkultura dzisiejszych punków przeciwko podobnej hierarchii  - czy to instytucji wojskowych, czy jakichkolwiek innych – występuje z największym animuszem. O ile możemy wystąpić – jako zdroworozsądkowi osobnicy - wobec ograniczeniom Unii Europejskiej, przeciwko normom co do krzywizny banana, to raczej nikt nie próbuje walczyć z hierarchią w rodzinie, czy też (w szerszym sensie co prawda) armii, czy policji państwowej. Nikt o zdrowych zmysłach. 
    Dziwne jest przeświadczenie, że świat bez hierarchii i porządku byłby lepszy od obecnego. Podobne zapatrywanie na problem porządku mają wszyscy zwolennicy tzw. JP na 100%. W świecie bez zasad rządził by o wiele bardziej radykalnie dobór naturalny. Przy obecnym stanie zaawansowania technicznego broni, śmiem twierdzić, że ludzkość dawno by wyginęła. Miasto stałoby się dżunglą, w której nie byłoby miejsca dla słabych. Wielu zwolenników anarchii oraz apologeci hasła JP na 100% niestety nie przeżyłaby długo w takim świecie. Nie rozumieją, że dzięki temu, że istnieje taka instytucja jak policja oraz inne organy, mogą sobie spokojnie egzystować i wyznawać takie beznadziejne intelektualnie ideologie.
    Ostra muzyka rockowa, której odnóg już nikt nie jest w stanie zliczyć, a szufladki, do których wrzuca się powstające grupy, mnożą się i mnożą, jest wszystkim - mniej lub bardziej – znana. Z pewnością można byłoby przygotować na ten temat program, wystarczający do odbycia trzyletnich studiów tematycznych. Dla wielu niewtajemniczonych ostra muzyka kojarzy się jednoznacznie z satanizmem. Owszem, w niektórych przypadkach mamy do czynienia z wyznawcami szatana -  wśród fanów różnych gałęzi metalu. I właśnie ten punkt chciałbym tutaj szerzej rozebrać na czynniki pierwsze.
    Odkąd Tomasz z Akwinu „naszkicował” zastępy postaci z obydwu stron – dobra i zła – nauka zwana demonologią zaczęła się bardzo intensywnie rozwijać. Nie bez powodu mówi się o tym, że twórcami najlepszych logicznych argumentów za istnieniem Boga są ateiści. Oni to właśnie najpierw muszą udowodnić jego istnienie, by później mieć pożywkę, z którą można byłoby walczyć. A jak jest z satanistami? Biedacy nie zdają sobie sprawy z tego, że tak naprawdę są ludźmi wierzącymi w Boga. Belzebub przeciwstawiany jest Bogu, jak czarny kolor białemu. Jeden bez drugiego nie istnieje. Wielu z wyznawców szatana powtarza bezmyślnie: wierzę w szatana, a nie w Boga. No chyba, że wierzą w istnienie wyłącznie sił zła, ale wtedy raczej by o tym nie wiedzieli. Światło poznajemy po tym, że wiemy jak wygląda ciemność – na zasadzie kontrastu, podobnie jest z uczuciem zimna i ciepła. Pozostaje jeszcze druga ewentualność: wyznawcy szatana, jako ludzie wierzący, godzą się na bytowanie po śmierci. Sądzą więc, że w wiecznych czeluściach będą się czuć lepiej niż w raju, czyli że swoją wieczność „przeżyją” tam w przyjemniejszych okolicznościach. Tam będą mieli dostęp do black metalu, alkoholu, łatwych panienek i beztroskiego zabijania czarnych kotów. Gdy zdałem sobie z tego sprawę poczułem się, jakbym oglądał kolejny odcinek Scooby Doo.
    Oczywiście satanizm może mieć także inny wydźwięk, tzw. laveyański, zwany też filozoficznym, uznający Szatana za symbol pewnych idei, takich jak siła woli i postępowanie według swoich pragnień zależnie od własnego systemu wartości i norm moralnych – głosi Wikipedia. Czyli takie diabelskie „róbta, co chceta”, byle tylko w zgodzie z cichym głosikiem we własnej głowie – sumieniem.
    Pragnę powtórzyć, że nie o gusta muzyczne tutaj chodzi, ale o ideologie związane z nadbudową teoretyczną tych gustów. Wielu młodym osobom brakuje wewnętrznego filtra, który pozwalałby im na przesiewanie nędznych treści ideologicznych od tych bardziej wartościowych, choć w przypadku muzyki powinno raczej obywać się bez ideologii. Człowiek to taka istota, która wszystkie swoje zachowania próbuje obronić nadbudową teoretyczną, widzimy na przykładzie muzyki, że nawet tych najbardziej irracjonalnych i w niektórych przypadkach niekoniecznych. Inaczej będzie tak, jak mawiał Salustiusz -  Eloquentiae multum, sapientiae parum. Pytania typu: dlaczego słuchasz takiej muzyki?, nie powinny w ogóle być postawione, bo są tak samo idiotyczne, jak pytania o to, dlaczego podoba mi się taki kolor a nie inny. Podobnie zresztą rzecz ma się z wiarą i niewiarą. Śmiać się z wierzącego to tak, jakby śmiać się z człowieka, który z upodobania ubiera się na niebiesko.
Jeśli coś ma wpływ na jednostkę, niech tak pozostanie – czy jest to wiara w cokolwiek, czy jakiekolwiek preferencje.

 

Dodanych komentarzy: 11

Problemy zaprezentowane w powyzszym artykule to nic innego jak duze naciąganie istniejących od dawna stereotypów. Słucham rocka ale nie mam w pokoju ołtarzyka ku czci szatana ani intencji by pozbawić bezpańskiego kota głowy własnymi szczękami niczym Ozzy Osbourne. To samo tyczy się hip-hopu, którego większość słuchaczy nie spędza wieczorów niszczeniem własności prywatnych czy lokalnych placów zabaw swoimi sprayami. A rozwijając sam temat hip hopu w Polsce, mogę śmiało powiedzieć, ze juz wiele lat temu ewoluował, wcale nie majac za intencję kopiowania stylu i przeżyc wspomnianych czarnoskórych z Bronxu, tylko tworząc własny indywidualny styl, odnosząc się w tekstach do młodych Polaków i ich problemów czy rozterek, i biorąc pod pióro codzienność Polski, nie Nowego Jorku ( oczywiście są wyjątki). Sama znam wielu ludzi grubo po dwudziestce, którzy ubierają się w sposób zupełnie niepodobny do przedstawionego w artykule, nie mają zwyczaju robić graffiti gdzie popadnie, a są wykształconymi, młodymi, wychowanymi ludźmi. Hip hop to muzyka wartosciowa. Zainteresowanym polecam przyjrzec się bliżej twórczości takich artystów jak Eldo, Bakflip ( to już bardziej rapcore ale wciaz w gatunku), Małpa czy Pih. 

Kolejny "mądry" artykuł napisany przez zakompleksioną osobą bez najmniejszej wiedzy na temat, na który się wypowiada, opierając się na Wikipedii i własnych nieprzemyślanych wywodach... Tekst pełen jest hipokryzji i paradoksów. Opisywanie całej subkultury na podstawie najgorszych jednostek jest dziecinne, głupie i niesprawiedliwe. Przez takie artykuły ludzie na ulicy nazwą brudasem osobą w długich włosach lub wandalem, dresem osobę która ubrała sobie bluzę z kapturem nie mająch o tych ludziach zielonego pojęcia. Niech żyją mass-media...

Nigdy nie słyszałem, co stworzył Eldo, ale określenie "artysta" w przypadku wykonawców hip-hopu wydaje mi się grubą przesadą. Artystą można nazywać Niccolo Paganini'ego lub Salvadora Dali. Wykonawcy młodzieżowego raczej nie włożyłbym do tego samego worka, choć nie mam nic przeciwko ich działalności (o ile nie namawiają do demolki czy np. pobicia kogokolwiek). To tak w odpowiedzi na zarzuty bemused.

 A ja głupia myślałam, ze muzyka to forma sztuki, którą tworzą...hmm.. artyści. Nie masz pojęcia o istnieniu tego ARTYSTY, nie znasz jego twórczości (czy znów za duze słowo...), a już przypisujesz mu metke "młodziezowego". Chyba nie ma sensu kontynuować tej rozmowy. Może warto wyrwać się ze szponów stereotypów i własnych, twardych poglądów i spojrzeć na świat i jego róznorodnośc jeszcze raz? Sztuka to nie tylko Dali i Chopin. Kto wie, może znajdziesz w niej coś, co ci się jednak spodoba.

A oto próbka dla przykładu Paganini'ego, którego tutaj wspomniałem. Wersja nowoczesna, aby łatwiej było przyswoić fanom hip-hopu.

Aby poznać różnicę, wystarczy wsłuchać się w muzykę Eldo, pozostawiając tekst transparentny. To jest kilkanaście dźwięków, które ciągle się powtarzają - są bardzo proste krótko mówiąc. Jeśli weźmiemy pod uwagę głos, jako kolejny instrument, nie wsłuchując się w słowa, to dalej jest beznadzieja, bo głos jest "płaski" i jednostajny.

Naprawdę nie dostrzegacie różnicy? Jeśli nie, to nie mam innych argumentów.

Wolę jednak używać słowa "artysta" w bardziej klasycznym znaczeniu :-)

 Panie Demonie Zwodzicielu. W swych komentarzach zaprzeczył Pan wywodowi zamieszczonym na blogu :). Najpierw pisząc o tym, że nie ocenia się czyjegoś gustu, później jednocześnie niszcząc z góry na dół czyjąś opinię. Hipokryzja czy zwykła bezmyślność? 

Widać, że autor wikipedycznego (taki neologizm, pozwolicie, utworzyłem) próbuje nam na siłę wmówić, że Paganini i Chopin są większymi artystami aniżeli Jimi Hendrix czy ktokolwiek inny. Jak chcemy tak bardzo pokazywać nowoczesne oblicze muzyki klasycznej to może Jelonek, Ankh? 

A tu przykład artysty hip-hopowego L.U.C.a

Mało ciekawy projekt? Pełen patriotyzm w wydaniu nowoczesnym, jak na moje o wiele bardziej praktyczne, aniżeli wszelakie romantyczne pragnienia mdłości Chopina, którego muzyka oczywiście nie straciła na aktualności, ale jakoś LUC bardziej do mnie przemawia. Chociaż jazzowy Chopin Tymańskiego i Możdżera jest naprawdę interesujący.

By udowodnić, że L.U.C. jest artystą w dalszym tego słowa znaczeniu, może jego kawałek z panią Urszulą Dudziak. Mocno jazzowe zabarwienie:

Tu głos nie jest "jednostajny i płytki". Zdecydowanie.

 

Słowem końcowym stwierdzam, panie Demonie Zwodzicielu, że nie można wstrzyknąć ludziom muzyki, które samemu się słucha. Próbowałem tak kiedyś i wiem, że to nie ma sensu ;). Pozdrawiam.

 

 

 

Nie ma w tym żadnego zaprzeczenia. Oceniając muzykę mi przedstawioną nie oceniałem gustów, lecz prezentowałem swoje odczucia, które różnią się od odczuć innych słuchaczy - co też szeroko omówiłem na blogu. Mój tekst miał pointę i to była pointa zdecydowana - jednemu podoba się taka muzyka, innemu zupełnie odmienna. To normalne i niech tak pozostanie. Tekst był krytyką nieracjonalnych zachowań naśladowczych i teoretycznych nadbudowań - w większości absurdalnych.

Nie próbuję wmówić nikomu, ze Chopin jest lepszy od Eldo, bo on jest lepszy, ale tylko dla mnie. Taki wydźwięk miały moje słowa, aczkolwiek były to słowa krytyczne. Moje odczucia po przesłuchaniu przedstawionego mi fragmentu ubrałem w zdecydowane i może ostre słowa. Tak samo wypowiadają się ludzie o muzyce klasycznej (nazywając ją często kocią muzyką), czy muzyce rockowej.

Mimo wszystko moje rozumienie słowa "artysta" jest zupełnie klasyczne, dlatego nie zwykłem określać tym słowem ludzi, którzy np. zamykają w puszce swoje fekalia i wystawiają w galerii na widok publiczny - takich ludzi też dziś nazywa się artystami.

Nikogo nie można przekonać do "swojej muzyki", bo jest z nią tak jak z wyznaniem - jedynym narzędziem skutecznie nawracającym jest miecz, co doskonale wiemy. Nawrócenie jest możliwe tylko "od wewnątrz" i to w każdym przypadku.

Jelonek faktycznie jest artystą, podobnie zresztą jak Kennedy i Hendrix - w moim odczuciu, choć w odczuciu fana hip-hopu, już nie.

Jeśli Sevil pisze, że " LUC bardziej do mnie przemawia", potwierdza moje słowa z tekstu na blogu - tyle jest gustów ile jednostek interpretujących, czyli swoistych "odbiorników" (świetne prace na temat interpretacji i różnego, odmiennego rozumienia przez poszczególne jednostki  - co prawda tekstów, ale ciągle interpretacji  - pisał Gadamer. Myślę, że można ekstrapolować te poglądy na grunt muzyczny z powodzeniem. Jeśli kogoś interesują problemy interpretacyjne, polecam też Lector in fabula Umberto Eco. Zresztą świetnie wyraził to też "nasz" L.Kołakowski W horror metaphisicus.To tak na marginesie).

Co do wikipedii, to celowo posłużyłem się tym źródłem, aby w celu sprawdzenia, nie trzeba było odchodzić od komputera, szukać po książkach i porównywać, ale otworzyć kolejną zakładkę w przeglądarce i porównać. Taką możliwość daje na to wspaniałe medium, jakim jest internet. Posłużenie się wikipedią było więc celowe.

W tekście napisałem, że "pragnę powtórzyć, że nie o gusta muzyczne tutaj chodzi, ale o ideologie związane z nadbudową teoretyczną tych gustów", natomiast tutaj OCENIŁEM wedle WŁASNEGO GUSTU muzykę młodzieżowego wykonwacy o pseudonimie ELDO. Podkreślam  - dokonałem subiektywnej oceny danego fragmentu muzycznego. Nie krytykuję gustów, bo jakże bym mógł krytykować mężczyznę, któremu podobają się brunetki, podczas gdy ja bardziej zwracam uwagę na blondynki?

Dla podsumowania: subiektywna ocena nie jest przeciwnością obrony rzeczywistości istnienia różnorodnych gustów, bo leży na zupełnie innej płaszczyźnie - o sprzeczności więc nie ma mowy.

pozdrawiam i lecę na deszczowe Dni Namysłowa wypić wodę o smaku piwa :-)