Czy słowa mogą zabijać ? To pytanie towarzyszy mi zawsze wtedy, gdy czytam lub słyszę słowa pełne jadu wymierzonej w Innych. Kim są Ci Inni ? Mogą być wrogiem klasowym, zdrajcą, mogą być innej narodowości, innego koloru skóry, lub też przynależeć do innej grupy etnicznej. Co się z tym wiąże ? Na co narażony jest ów Inny ? Na to pytanie historia dawała nam już odpowiedź wielokrotnie. Żeby nie wybiegać w przeszłość zbyt daleko pozostańmy tylko w zasięgu ostatniego stulecia.
Przenieśmy się na chwilę do Ruandy, do roku 1994. W ciągu stu dni, począwszy od 6 kwietnia, radykalnie nastawieni Hutu, armia Ruandy, bojówki Interahamwe, a także uległe agresywnej propagandzie tłumy, zamordowały, według różnych szacunków, od 500 tysięcy do miliona ludzi. Jakich ludzi ? Członków tego samego narodu co oni, Banyaruanda, którzy za Innych zostali uznani przez belgijskich kolonizatorów. Hutu stanowiący około 85 % Banyaruanda byli rolnikami, natomiast stanowiący około 14 % Tutsi – właścicielami stad bydła. Ten podział społeczny istniał już w czasach europejskiego średniowiecza, jednak dopiero Belgowie zmienili go w podział etniczny. To oni dali początek segregacji wpisując w karty identyfikacyjne „Hutu” bądź „Tutsi”. Apogeum tej kolonizatorskiej polityki było ludobójstwo z 1994 roku. Wróćmy jednak do wydarzeń. Szczególną w nich rolę odgrywały audycje radia RTLM . Prezenterzy w zgodzie z ogólną polityką tego radia, która popierała ideę władzy w Ruandzie tylko dla Hutu, nawoływali do „wycinania wysokich drzew” oraz zabijania „karaluchów”. Owymi karaluchami byli oczywiście Tutsi. Te i inne pełne nienawiści hasła wygłaszane były w audycjach radiowych przez ponad 3 miesiące, przez cały czas trwania ludobójstwa. RTLM podawała nazwiska „zdrajców”, których należało zabić. Można jednak zadać pytanie, czy to słowa radiowych prezenterów zabijały, czy też robili to ludzie ? Z jednej strony można powiedzieć, że to na rękach samych ludzi jest krew. Czy jednak jest też ona na ustach nawołujących do zabijania ? Czy z ust i głośników nie płynęła powoli ciemna, czerwonoczarna, gęsta, ale jeszcze gorąca krew, podobnie jak z gardeł zamordowanych ?
Zastanówmy się przez chwilę. Jaką tragedią jest dla nas śmierć bliskiej osoby ? Dla ilu osób pogrzeb ukochanej matki, ojca, brata, siostry lub córki jest największym życiowym dramatem ? A śmierć dwóch osób ? Pięciu ? Dziesięciu ? Czy możemy sobie wyobrazić wszystkie przelane za nimi łzy, krzyki rozpaczy i niezgody z okrutną rzeczywistością, groźby wznoszone do innych, do bogów i autorytetów, do policji, sąsiadów i samych siebie, obwiniających siebie lub innych o tragedię ? Jeśli ktoś sam tego nie przeżył to jest to trudne. A czy możemy sobie wyobrazić śmierć stu osób ? Tysiąca ? 10 tysięcy ? 25 tysięcy ? Te liczby już są abstrakcyjne, trudne do wyobrażenia. A gdy mówimy o 500 tysiącach, czy też o milionie ludzi, w większości zarąbanych maczetami, siekierami, kołkami pełnymi gwoździ i tym podobnymi akcesoriami znanymi większości z nas z filmów o psychopatycznych mordercach i sadystach, to jest to coś, co po prostu nie mieści się w głowie. Przekracza nasze wyobrażenia.
Bezpośrednio odpowiedzialni za każdą śmierć są na pewno mordercy, którzy ją zadają. Czy to jednak zwalnia z odpowiedzialności tych, którzy nie nacisnęli spustu, bądź nie zamachnęli się takim czy innym ostrym narzędziem ? Czy wydający swoim żołnierzom rozkazy dowódca mówiący, że czas już zabijać naszych wrogów, jest czysty ? Czy radiowy prezenter powtarzający dzień w dzień jak mantrę słowa o tym, że trzeba pozbyć się z ruandyjskiej ziemi karaluchów jest czysty ?
Jest coś jeszcze, co uderza mnie w przytoczonych wyżej przykładach. Jest nim słownictwo. Nie wydawano rozkazów w stylu: „zabij tego człowieka!” czy „zabijcie wszystkich Ruandyjczyków, którzy w swoich kartach identyfikacyjnych mają napisane „Tutsi”. Nie, nie i jeszcze raz nie. W świadomości zabijających ofiara nie mogła być postrzegana jako drugi człowiek. Gdy ktoś patrzy na swoją ofiarę jak człowiek na człowieka, jak brat na brata, ojciec na syna bądź córkę, mąż na żonę, lub sąsiad na sąsiada to nie zabija. Dopiero gdy powtarzane w kółko propagandowe hasła każą mu wierzyć, że to on jest człowiekiem, ale ten, który stoi przed nim, nie jest godny takiego określenia, tylko jest wrogiem, karaluchem, inyenzi , „Tutsi”, tym Innym, gorszym, niewartym życia, wtedy może go zabić. I gdy to czyni może mu nawet nie przyjść do głowy, że jest mordercą, bo nie zabił człowieka, tylko zwykłego, nic nie wartego śmiecia. Bo czy my sami uważamy się za morderców, gdy rozdeptujemy niegodne zamieszkiwania w naszym domu robactwo ?
W historii mieliśmy wiele analogicznych sytuacji. Komuniści w Związku Radzieckim mordując w czasie czystek „zdrajców”, „wrogów klasowych” i „kułaków”, Niemcy umieszczając w komorach gazowych Żydów, a Czerwoni Khmerzy zabijając motykami bądź młotkami wszystkich, którzy nie byli z nimi, nie traktowali swoich ofiar jak ludzi. Propaganda przedstawiała zawsze wrogów w sposób, który mógł budzić tylko niechęć i nienawiść.
Czym jest więc ów „język nienawiści” ? Językiem nienawiści są słowa, czy określenia, które sprawiają, że uważamy Innego, drugiego człowieka, za kogoś gorszego od nas, mniej wartościowego, kogoś, kto w żadnym wypadku nie jest nam równy i kogo jako równego sobie nie możemy traktować. Językiem nienawiści jest używanie słów nawołujących do agresji, przemocy czy zabijania. Karykaturalne przedstawienia „żydowskich pasożytów”, pogardliwe określenia „żółtek” czy „czarnuch” doprowadziły już do śmierci zbyt wielu ludzi, by używać ich na co dzień, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji wynikających z ich stosowania. Słowa mogą być jak ręka, która wpycha nóż w gardło Innego, mogą być jak palec, który pociąga za spust, mogą być siłą, która skłania do podjęcia ostatecznych działań. Nie ma znaczenia, jak duży udział mają słowa w ostatecznej ocenie każdej zbrodni. Czy ktoś uzna ich rolę za mało znaczącą, czy też decydującą jest rzeczą mniej ważną. Istotne jest to, że tą rolę odgrywają. Jak więc odpowiedzieć na pytanie postawione na początku ? Myślę, że odpowiedź może być tylko twierdząca. Nie muszą tego robić. To prawda, że nie każde słowo jest urodzonym w naszych ustach mordercą, nie każde słowo kończy czyjeś życie. Ale gdy takich słów jest wiele, gdy przestają być tylko powtarzanymi przez innych hasłami, a stają się manifestacją naszych myśli – mogą zabijać.