Jest takie miejsce: jadąc kilkusetmetrowym odcinkiem drogi od granicy Namysłowa (ul. Grunwaldzka) do pobliskiej wsi Ligotka, widzimy po prawej stronie coś na kształt wysypiska śmieci. Zapewne okliczni mieszkańcy doskonale znają to miejsce. Pewnie też dzięki chmarze psów, która wałęsa się w pobliżu tego składowiska.
To właśnie psy są problemem w tej okolicy, bo drogą uczęszczają piesi, często dzieci zmierzające do szkoły. Sam tego doświadczyłem, kiedy tam zawitałem. Gdy zbliżałem się do składowiska w moim kierunku wybiegło kilka psów, które nie sprawiały wrażenia przyjaznych.
Miejsce to ma właściciela, pana K. Jak deklaruje, dzierżawi te kilka arów łąki i znosi tu przeróżne szmaty i rupiecie. W zasadzie to, nie wiedzieć czemu. Sypia na miejscu, we wraku starego samochodu, bo jak deklaruje, ma tu cieplej niż we własnym mieszkaniu w Namysłowie. A psy? Zaczęło się od dwóch własnych, a reszta jakoś sama się pojawiła. Wiele z nich podrzucili mu ludzie. Jak deklaruje, pan K. kocha psy ale teraz ma z nimi kłopot. Obecnie jest ich 14 ale bywało, że było ich dużo więcej. Skarży się, że nie daje rady ich wyżywić. Psy nie są sterylizowane, więc często pojawiają się młode. Co się z nimi dzieje? - pytam. Pan K. bez ogródek i spokojnym tonem opowiada, że topi je w pobliskim stawie. Czy potrzebuje pomocy z tymi psami? Jak najbardziej. Najchętniej oddałby je komuś, kto by się nimi zajął. Pytam, czy władze gminy mu pomagały. Tu zaczyna swoją opowieść o deklaracjach, jakie słyszał przez ostatnie lata. Czy coś zrobili? Nic - odpowiada. Na jednym z zebrań wiejskich około dwa lata temu straż miejska obiecywała ludziom, że gmina pomoże ogrodzić teren (sic!). Żeby chociaż chronić pieszych przed głodnymi psami. Do dzisiaj nie zrobiono nic.
Druga sprawa: dom przy jednej z ulic w południowej części miasta. Jak mi powiedziano nikt tam nie mieszka od długich tygodni. Właściciel prawdopodobnie trafił do więzienia. Współwłaścicielka zniknęła. Zostały psy. Głodne i agresywne, wałęsające się po okolicy. Część odłowiono ale problemu nie zażegnano. Dzwonię do straży miejskiej. Sprawdzimy to - deklarują. Dzwonię dwa dni później. - Rzeczywiście, odłowiliśmy jeszcze kilka psów, został jeden, pod opieką sąsiadki - odpowiadają. To nie do końca prawda. Jak się dowiaduję została suka, która ma młode. Sąsiadka dostarcza psom jedzenie ale tylko dlatego, że znikąd nie ma pomocy. Sama ma ograniczone możliwości i nie może pomagać bez końca. Trzeci raz już nie dzwonię do straży.
Zwracam się do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Opolu. Ustalają, że rzeczywiście problem jest i gmina nie dopełnia swojego obowiązku. Deklarują, że tak tego nie zostawią, a ja im wierzę, bo cóż mogę jeszcze zrobić...
Dlaczego przytaczam te przykłady? W lutym tego roku burmistrz Namysłowa jak co roku ogłosił konsultacje w sprawie programu opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt. Przygotowanie i uchwalenie takiego programu to obowiązek władz gminy. Tylko co z niego wynika? W mojej opinii nic, bo problem bezdomnych, zagrażających mieszkańcom zwierząt jest ostatnim, którym władza się przejmuje. Człowiek to jedyne zwierzę które się rumieni. I jedyne, które ma za co - mawiał twórca Przygód Tomka Sawyera.